Category Archives: Will

Will 4

Śniadanie to rzecz normalna. Człowiek wstaje rano i chce mu się jeść. Więc idzie do kuchni i je. Gorzej, jeśli po sycącym i pobudzającym śniadaniu nie ma nic ciekawego do zrobienia. Siadam wtedy przeważnie w moim fotelu i włączam telewizor.

Z tym telewizorem jest dużo problemów. Najgorszym są reklamy, bo właśnie one powodują, że człowiek ma ochotę wstać i wyjść z mieszkania, żeby kupić taki proszek do prania, czy takiego hamburgera, mimo iż przed chwilą jadł podobnego. Co gorsza, przeważnie ta ochota jest nieświadoma i człowiek bezwiednie ją realizuje. Techniki manipulacji tak bardzo się rozwinęły, że człowiek nie zauważy, że to przez telewizję wyszedł z domu. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie płaci abonamentu. Śmieszne, prawda? Gdyby te miliony ludzi płaciły abonament, to być może, chociaż państwowe stacje telewizyjne przestałyby puszczać te cholerne reklamy. Co prawda nie mam prawa narzekać, bo sam nie płacę abonamentu.

Właśnie się skapnąłem, że nie jestem już w domu. Pewnie jakaś cholerna reklama mnie stamtąd wyprowadziła. Niech ja sobie przypomnę, co to takiego było… Ach, tak. Szedłem kupić karmę dla kota, chociaż nie mam kota. Na dobrą sprawę nigdy nie miałem, ani nie chciałem mieć, ale w tej chwili wydaje mi się, że bardzo chciałbym mieć kota. To dziwne. Czuję, że jakbym jakiegoś teraz znalazł, to wziąłbym go i nakarmił tą karmą, po którą szedłem. I weź tu człowieku nie pomyśl, że to koty stoją za tym wszystkim, haha.

Rozglądam się po okolicy. Trafiłem do jakiegoś parku, albo przynajmniej kiedyś to miejsce było parkiem, kiedyś były tu zielone drzewa i skaczące dzieci. Dziś pozostały tylko zwiędnięta, żółta trawa i bezlistne czarne drzewa na tle industrialnego krajobrazu. I kot…

Dziwne. Wrażenie, że to wszystko manipulacja zniknęło… Ja po prostu chcę kota. Sam do mnie podszedł. Rudy, bystry, zdecydowany, o przenikliwym wzroku. Widać, że dużo przeżył, że ma już dosyć szlajania się po całym mieście. Gdyby był człowiekiem, powiedziałby, że chce się ustatkować. Śmieszne.

Nie mam wyjścia, biorę go. Będziesz się nazywał Fritz. Zabieram go do domu. Po drodze kupuję opakowanie najlepszej karmy dla kotów. Nie wiem skąd, ale wiem, że to właśnie ta jest najlepsza.

Muszę przyznać, że dziwny ten dzień jest…

Will 3

To była ciężka noc. Znowu mi się śnił ten sam koszmar. Znowu mogłem ja uratować, ale stałem jak kołek, blady i spocony. Wydaje się to dziwnym snem, po tym, co zrobiłem zanim trafiłem do łóżka. Jeszcze pamiętam. To niepodobne do mnie. Zwykle takie rzeczy nie zagrzewają miejsca w mojej głowie tak długo. Przeważnie pamiętam tylko to, co potrzebne mi jest do przeżycia. Widocznie, ta informacja mi się jeszcze kiedyś przyda.

Zapowiada się kolejny ciekawy dzień. Kolejna porcja niczego. Wtem jednak słyszę pukanie do drzwi. Wskakuję w bokserki i otwieram drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu, to ona. Widocznie wcale nie zbił jej tak mocno jak mi się wydawało, chociaż Jack jest najlepszym lekarzem w mieście. Zresztą nie dziwię jej się, jeśli nie chciała zostać tam ani sekundy dłużej niż było to potrzebne. Stary zboczeniec.

Chyba się zagapiłem. Patrzę jej w oczy, jeszcze opuchnięte i już fioletowe naokoło. Wczoraj jeszcze nic mnie nie obchodziło co z nią będzie, a dzisiaj jakoś jest inaczej. Może to ten sen… Faktycznie nie był tak męczący jak poprzednich siedmiuset dwudziestu trzech nocy. Może teraz powoli przestanę to śnić, jeśli tego nie spapram.

Nadal na nią patrzę. Stoi na korytarzu taka samotna, łaknąca ciepła i miłości. Co ja gadam?! Przecież to kolejna zwykła dziwka! Zresztą jak ona się tu dostała? Pytam. Zaskoczyłem ją, ale odpowiada. Jack jej powiedział. No tak. Mogłem się domyśleć. ‘Co chcesz?’ pytam. Podziękować. Czekam. ‘Dziękuję.’ ‘Nie ma sprawy. Muszę iść do pracy’ kłamię. ‘Rozumiem. Żegnaj.’ ‘Żegnaj.’ Odchodzi. Zamykam drzwi. Kompletnie nie wiem co mnie dopadło z tym sentymentalizmem. Przecież ona mnie nic nie obchodzi. Właśnie. Nic mnie nie obchodzi.

Chyba czuję się dziś inaczej. Może wreszcie doczekałem się dnia, kiedy mi się coś zachciało. Nie. Nie czas na takie rozmyślania. Pora zjeść śniadanie.

Spacer po mieście – Will 2

Tak w ogóle to nazywam się William. William III Starbuck. Ale to było dawno i nieprawda. Teraz niektórzy mówią mi Will. A reszta mnie nie zna. Pozwólcie, że oprowadzę Was po moim mieście.

Witam więc w tej zaplutej dziurze, którą zwę domem. Kiedyś mogliśmy się pochwalić międzynarodowymi targami wszystkiego, wielkimi muzeami, pięknymi parkami, ale teraz można by powiedzieć, że nawet słońce tu nie zagląda, a to za sprawą części industrialnej w północnej części miasta. Pomimo rozwoju technologii, produkcja wcale nie stała się czystsza, no i teraz mamy naszą chmurę. Przez tyle lat zdążyliśmy się przyzwyczaić, przystosować. Jednak zdarzają się tu dziwne rzeczy. Coraz dziwniejsi ludzie chodzą po ulicach. Może to i wina chmury, może nie.

Bogatsza, południowa część miasta, czasem ujrzy słońce. Najczęściej w zimie o poranku i wieczorem, ale reszta z nas dawno go nie widziała. Poniekąd za sprawą wielkich wieżowców w centrum, poniekąd znowu za sprawą chmury. Ale czy to ważne. I tak nic tego nie zmieni.

Miasto kiedyś napędzał rozwój technologii. Miasto opanowały korporacje. Jedna zdominowała i to ona ukształtowała to miasto na to, czym jest dziś. W dobie komputeryzacji i informatyzacji zrobili z nas zadupie świata. Zrobili z mojego miasta zagłębie industrialne. Nigdzie na świecie nie znajdziecie już takiego miasta. Wszędzie są już tylko błyszczące wieżowce i oszklone apartamenty. Pojazdy elektryczne i roboty domowe. Tylko my zostaliśmy w zacofaniu.

Pewnie, że wszyscy chcieliby się wyrwać, ale większość nie ma jak. Trafiają tu wszyscy Ci nieudacznicy, którym się nie powiodło w Wielkim Świecie. No… prawie wszyscy. Ale jak się już tu trafi, to nie ma ucieczki. Zresztą większość z nich nie potrafi się wystarczająco szybko przyzwyczaić do realiów miasta i szybko giną, bądź umierają od chorób cywilizacyjnych. Czasem dzieje się z nimi coś złego. To przez nich niebezpiecznie jest chodzić samemu po ulicach. Chociaż, może to tylko bajki… Oceńcie sami. Zapraszamy…

Część industrialną miasta otaczają Mroki. Nie polecam tam chodzić i współczuję tym, którzy muszą tamtędy przejeżdżać do pracy. Dalej na południe jest dzielnica Grace. Zaprawdę nie wiem, kto ją tak nazwał, ani dlaczego. Może kiedyś była okazem gracji, ale nie dziś. Grace leży nad rzeką. Już dawno zapomnieliśmy jak ona się nazywała. Zresztą, już od dawna nie jest rzeką. Dawno już stanęła. To dzięki rozwojowi przemysłu. Za rzeką jest dzielnica Beauty. Kolejny przykład bezmyślności. Wcale nie jest tam pięknie. Może przeciętnie, ale nie pięknie. Dalej jest centrum, a za centrum dzielnica York, ta bogatsza, o której wspomniałem. Nic ciekawego przeważnie.

Miasta pilnuje Policja. Mówimy na nich miejscy. Szczerze, to nie wiem czy są komukolwiek potrzebni. Działają raczej jak kolejna mafia niż jako stróże prawa. Straż pożarna działa w miarę normalnie. Nie muszą sami podpalać domów, żeby mieć robotę. Wiele ludzi ich z tego wyręcza. Służba zdrowia już dawno podupadła. Dzisiaj raczej liczą się prywatni lekarze. Zawsze warto znać dobrego lekarza. Po mieście grasują łowcy skór. Nie wiem, co z tego mają, ale opłaca im się zbierać ciała z ulicy, nawet niekoniecznie martwe, więc lepiej uważać na siebie, albo mieć dobrego lekarza w pobliżu.

Nic więcej ciekawego w tym mieście nie ma. O tym, kto tu rządzi jeszcze Wam kiedyś opowiem. O tym, z kim się zadawać, a z kim nie pewnie i tak dowiecie się na własnej skórze, więc nie ma co szczędzić Wam dobrej zabawy. Ha. Miłego pierwszego dnia w moim mieście.

Prolog – Will 1

Siedzi jakiś facet przy barze i pieprzy smuty, a ja sobie myślę, ‚czym ja sobie zasłużyłem, że siedzę w tym zaplutym barze?’ Niestety nadchodzi odpowiedź. ‚Bo się nie chciało.’ No faktycznie, nie chciało się i nadal się nie chce. Zresztą teraz i tak już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dopijam lurę, którą mi podała kelnerka. Najwyraźniej komuś papieros wpadł do gara z herbatą, albo po prostu ten smród przeniknął nawet filiżanki. Rzucam baksa na stół i wychodzę. Na ulicy wyciągają gościa z samochodu, w alejce, którą mijam jakiś koleś tłucze dziwkę, ale co mnie to obchodzi. Nic. Pewnie i tak zaraz wyjdzie jej alfons z obstawą i porządnie spierze gościa. Tak to już bywa. Jednak na moje nieszczęście na moment mój wzrok spotkał jej i wszystko stało się jasne. Nikt nie wyjdzie po nią, nie obroni jej, nie wymierzy sprawiedliwości, jej wzrok mówi, że wie, iż jest skończona, bo już i tak ją koleś obił na tyle, że długo nikt jej nie zechce, ta kręcąca się w jej oku łza mówi mi, że załuje, wydaje się mi mówić, że ma mnie w dupie, ma w dupie, czy jej pomogę czy nie, bo i tak jest stracona.

Zauwazył. Widzi, że się patrzę. Czy to wystarczy? Nie. Staję więc na środku alejki. Przestał. Ona opada na ziemię. Nie widzę jego twarzy, bo skryła się w cieniu. Ale czuję smród, smród jego strachu. To dobrze. Robię pierwszy krok. On znika za zakrętem. Szybki jest. Ma szczęście. Zrobiłem swoje. Nic nie zrobiłem, ale co z tego. Nie obchodzi mnie, czy będzie za to dla mnie punkcik na sądzie ostatecznym, czy tylko ćwierć. Nie wiem, czemu w ogóle zareagowałem. Przecież mi się nie chce. Co za różnica. Nie moja sprawa. Ktoś ją zabierze, ktoś ją znajdzie. Czy to będą miejscy, czy łowcy trupów, teraz moja kolej, żeby powiedzieć ‚mam to w dupie’, więc zrobię to. Mam Cię w dupie dziwko. Możesz mi dziękować w myślach jeśli chcesz, ale ja i tak mam to w dupie. Przynajmniej na razie, dopóki nie zechcesz się odwdzięczyc. Bywaj. Obyś się pozbierała… nie… co ja gadam. Przecież mnie to nie obchodzi… Czyżby… Jednak masz dziś niebywałe szczęście. Odstawię Cię gdzieś. Podchodzę do niej. Oddycha. Chyba śpi, ale żyje, bo jęczy z bólu jak ją podnoszę. To dobry znak.

Zaniosłem ją do Jack’a. Powiedział, że zrobi co się da. Zapewne. Już ja go znam. Na pewno sobie weźmie od niej odpowiednią zapłatę stary zboczeniec, ale cholera, jest najlepszym lekarzem w mieście. Będzie dobrze. Jeden partner więcej jej nie zaszkodzi. Zresztą, na pewno nie będzie chciał jej uszkodzić bardziej, więc poczeka, aż się dziewczyna trochę wykuruje. Dziewczyna… Jakiś sentymentalny się dziś zrobiłem. Niedobrze. Spróbuję zabić to snem. Ciężki dzień dziś był. Zrobiłem dużo niczego… A jednak…