Monthly Archives: Luty 2006

Carl 00

jest ciężko. przeczesuję łapą zlepione futro, zupełnie bezmyślnie.
moja nora nigdy jeszcze mnie tak nie przerażała. mam wrażenie że wszystkie meble gniją, stół chwieje się na nogach, kuchnia wymiotuje przypalonymi resztkami a za płótnem mojego jedynego obrazu coś się czai. może to pająki. wszystko może być winą pająków. źle im się oddycha wilgotnym powietrzem Ścieku więc zagnieździły się w mojej norze. zawsze byłem dumny z pomysłu, by wysypać podłogę ryżem. wchłonął całą wilgoć. teraz ziarenka złowieszczo świecą się w półmroku.

nie, muszę się opanować. napewno nie ma tu żadnych pająków.

jakoś nawet nie jestem głodny. leżę nago na materacu i pocę się jak mysz. mysz! co za zabawna ironia. zawsze zadrościłem tym małym słodkim, pachnącym myszkom, które mogą się z łatwością zmieścić w każdy otwór i dostają każdą czystą i dobrze płatną robotę w Ścieku. a ja muszę żyć z tego co wyłowię i sprzedam na targu! jest ciężko, naprawdę ciężko

oczy same mi się zamykają i zasypiam na kolejne nie wiadomo ile godzin. śnię krótkie, jasne sny o czasach, w których byłem szczęśliwy… może to tylko sny, może tak nigdy nie było

budzi mnie skrzypienie dochodzące od strony drzwi, tak jakby z ulicy. z chodnika. rytmiczne dźwięki zbliżają się. rower? kto by jeździł na rowerze po chodnikach w tej części Ścieku? chociaż tu wszystko jest możliwe. nagle dźwięk ustaje, dziwnie blisko wejścia do mojej nory. słyszę człapanie, które zatrzymuje się przed drzwiami.


dziwne, ale trochę się przestraszyłem. Może nawet nie tyle tego kogoś lub czegoś za drzwiami ale tego, że będe musiał wstać i przejść przez mieszkanie do drzwi.

kroki zatrzymują się na wycieraczce i mogę już wyczuć zapach żaby, która stoi za drzwiami. czego chce od mojej nory, jak ją znalazła. słyszę szelest papierów i stęknięcie płaza, który, widzę to dokładnie w wyobraźni, napewno zabiera się do rozebrania mojego zamka i wtargniecia do środka

ale nie. coś jasnego i pachnącego czystością (oraz łapami żaby) wsuwa sie szczeliną pod drzwiami. po chwili słyszę zrezygnowane kroki zmęczonego zwierzęcia i oddalające się skrzypienie zardzewiałego pojazdu. jak ona jeździ na rowerze?

podnoszę się i prawie przewracam, bo od długiego leżenia kręci mi się w głowie. podchodzę do drzwi i schylam się po przedmiot, który okazuje się zaadresowaną kopertą. nie wiedziałem, że mam adres! rozrywam ją niepewnie. kurcze, to pierwsza od paru dni sytuacja, a wnioskując po stanie mojego futra może nawet i tygodni, która zmusiła mnie do wstania z materaca.

czytam list i nogi same się podemna uginają. osuwam się na ścianę a serce mi wali jak po dzbanku specjału kawowo – nikotynowego w barze górniczym „Kilof”.

to list od wuja Schrinka. kartka wypada mi z rąk.

Kurwa jego mać! on chce przyjechać w odwiedziny!

Reklamy

Fritz 1

Ludzie. Człowiek. Kobieta i mężczyzna. Wszyscy są tacy prości. Prości do manipulowania. Widzicie, my, Koty, bez problemu radzimy sobie z tymi dużymi istotami. Po prostu tak łatwo dają się wykorzystywać, że jak to zauważyliśmy, to robimy to niemalże non-stop. Zaczęło się podobno w starożytnym Egipcie, gdzie to moi przodkowie byli słusznie otaczani szczególną czcią. Niestety, ludzki umysł od tamtych czasów rozwinął się, ale my też się rozwijamy.

Postanowiłem dzisiaj spocząć na laurach. Koniec z łapaniem głupich myszy, koniec z podmiejskim życiem. Ja zasługuję na lepsze traktowanie. Siedziałem, więc po prostu w parku, aż nie zjawił się jakiś głupek idący na zakupy poreklamowe i mnie przygarnął. Teraz mam darmowe bezstresowe i gwarantowane żywienie i całkiem niezłą bazę wypadową. Bez problemu sprzedałem mu swoje imię, a Fritz na mnie mówią.

Dla Kota jednak, spoczywanie na laurach wcale nie musi oznaczać siedzenia na miejscu i tyciu, jak ten człowiek. Dla mnie to oznacza rozpoczęcie nowej działalności.

Will 4

Śniadanie to rzecz normalna. Człowiek wstaje rano i chce mu się jeść. Więc idzie do kuchni i je. Gorzej, jeśli po sycącym i pobudzającym śniadaniu nie ma nic ciekawego do zrobienia. Siadam wtedy przeważnie w moim fotelu i włączam telewizor.

Z tym telewizorem jest dużo problemów. Najgorszym są reklamy, bo właśnie one powodują, że człowiek ma ochotę wstać i wyjść z mieszkania, żeby kupić taki proszek do prania, czy takiego hamburgera, mimo iż przed chwilą jadł podobnego. Co gorsza, przeważnie ta ochota jest nieświadoma i człowiek bezwiednie ją realizuje. Techniki manipulacji tak bardzo się rozwinęły, że człowiek nie zauważy, że to przez telewizję wyszedł z domu. Dlaczego tak jest? Bo nikt nie płaci abonamentu. Śmieszne, prawda? Gdyby te miliony ludzi płaciły abonament, to być może, chociaż państwowe stacje telewizyjne przestałyby puszczać te cholerne reklamy. Co prawda nie mam prawa narzekać, bo sam nie płacę abonamentu.

Właśnie się skapnąłem, że nie jestem już w domu. Pewnie jakaś cholerna reklama mnie stamtąd wyprowadziła. Niech ja sobie przypomnę, co to takiego było… Ach, tak. Szedłem kupić karmę dla kota, chociaż nie mam kota. Na dobrą sprawę nigdy nie miałem, ani nie chciałem mieć, ale w tej chwili wydaje mi się, że bardzo chciałbym mieć kota. To dziwne. Czuję, że jakbym jakiegoś teraz znalazł, to wziąłbym go i nakarmił tą karmą, po którą szedłem. I weź tu człowieku nie pomyśl, że to koty stoją za tym wszystkim, haha.

Rozglądam się po okolicy. Trafiłem do jakiegoś parku, albo przynajmniej kiedyś to miejsce było parkiem, kiedyś były tu zielone drzewa i skaczące dzieci. Dziś pozostały tylko zwiędnięta, żółta trawa i bezlistne czarne drzewa na tle industrialnego krajobrazu. I kot…

Dziwne. Wrażenie, że to wszystko manipulacja zniknęło… Ja po prostu chcę kota. Sam do mnie podszedł. Rudy, bystry, zdecydowany, o przenikliwym wzroku. Widać, że dużo przeżył, że ma już dosyć szlajania się po całym mieście. Gdyby był człowiekiem, powiedziałby, że chce się ustatkować. Śmieszne.

Nie mam wyjścia, biorę go. Będziesz się nazywał Fritz. Zabieram go do domu. Po drodze kupuję opakowanie najlepszej karmy dla kotów. Nie wiem skąd, ale wiem, że to właśnie ta jest najlepsza.

Muszę przyznać, że dziwny ten dzień jest…

Will 3

To była ciężka noc. Znowu mi się śnił ten sam koszmar. Znowu mogłem ja uratować, ale stałem jak kołek, blady i spocony. Wydaje się to dziwnym snem, po tym, co zrobiłem zanim trafiłem do łóżka. Jeszcze pamiętam. To niepodobne do mnie. Zwykle takie rzeczy nie zagrzewają miejsca w mojej głowie tak długo. Przeważnie pamiętam tylko to, co potrzebne mi jest do przeżycia. Widocznie, ta informacja mi się jeszcze kiedyś przyda.

Zapowiada się kolejny ciekawy dzień. Kolejna porcja niczego. Wtem jednak słyszę pukanie do drzwi. Wskakuję w bokserki i otwieram drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu, to ona. Widocznie wcale nie zbił jej tak mocno jak mi się wydawało, chociaż Jack jest najlepszym lekarzem w mieście. Zresztą nie dziwię jej się, jeśli nie chciała zostać tam ani sekundy dłużej niż było to potrzebne. Stary zboczeniec.

Chyba się zagapiłem. Patrzę jej w oczy, jeszcze opuchnięte i już fioletowe naokoło. Wczoraj jeszcze nic mnie nie obchodziło co z nią będzie, a dzisiaj jakoś jest inaczej. Może to ten sen… Faktycznie nie był tak męczący jak poprzednich siedmiuset dwudziestu trzech nocy. Może teraz powoli przestanę to śnić, jeśli tego nie spapram.

Nadal na nią patrzę. Stoi na korytarzu taka samotna, łaknąca ciepła i miłości. Co ja gadam?! Przecież to kolejna zwykła dziwka! Zresztą jak ona się tu dostała? Pytam. Zaskoczyłem ją, ale odpowiada. Jack jej powiedział. No tak. Mogłem się domyśleć. ‘Co chcesz?’ pytam. Podziękować. Czekam. ‘Dziękuję.’ ‘Nie ma sprawy. Muszę iść do pracy’ kłamię. ‘Rozumiem. Żegnaj.’ ‘Żegnaj.’ Odchodzi. Zamykam drzwi. Kompletnie nie wiem co mnie dopadło z tym sentymentalizmem. Przecież ona mnie nic nie obchodzi. Właśnie. Nic mnie nie obchodzi.

Chyba czuję się dziś inaczej. Może wreszcie doczekałem się dnia, kiedy mi się coś zachciało. Nie. Nie czas na takie rozmyślania. Pora zjeść śniadanie.

Raven 1

Stoję na poręczy, wiatr łopocze moją peleryną. W oddali słychać syreny miejskich. Znowu myślą, że mnie złapią. Nie wiem skąd im się to bierze, jaki mają w tym cel. Złapać mnie, oczywiście, ale po co? Żeby pokazać ludziom, że się do czegoś nadają? Czy może żeby pokazać sobie, że wcale nie są kolejną mafią w mieście, tylko, że zwalczają przestępczość? Jak chcą zwalczać przestępczość, to niech zaczną we własnych szeregach, a nie od takich mizernych niby-przestępców jak ja.

Patrzę w dół. Pode mną piaszczyste urwisko. Wysoko. Na dole coś, co kiedyś było plażą i coś, co kiedyś było rzeką. Teraz to wątpię, żeby w niej ryby pływały. Ponoć są tacy, co w niej łowią, ale telewizja donosi, że to częściej oni są łapani przez jakieś paskudztwa czyhające na łatwą zdobycz tuż pod powierzchnią szlamu.

Miejscy są coraz bliżej. Jadą z dwóch kierunków. Słyszę syreny coraz wyraźniej. Ponoć ostatnio stracili helikopter, więc dziś będzie łatwo. Zimny wiatr ochładza moją twarz, ochładza moje stare kości. Słyszę, że już dojeżdżają, hamują na poboczu, otwierają drzwi, coś krzyczą. Skaczę…

Spadam… Rozpościeram skrzydła i już nie spadam. Lecę. Koło mnie przelatują pierwsze pociski. Ale ciężko trafić w tej ciemności w czarnego kruka.

Z lasu przy drodze podrywa się stado wron. Wiedzą, że muszą. To w ich instynkcie, żeby bronić swoich. Dołączają po chwili do mnie. Wielka czarna masa kotłuje się i zawraca w stronę miejskich. Nie wiedzą co ich uderzyło. Krzyczą, strzelają na oślep, zakrywają twarze, padają na ziemię, chowają się do samochodów. Pożałują, ze zadzierali z Ravenem.

Odjechali. Moje siostry wracają do lasu, do swych siedzib. A ja znowu staję na poręczy i wdycham spaliny, które niesie wiatr znad sektora przemysłowego. Biorę głęboki wdech… Ach… przyjemności chorób cywilizacyjnych…

Spacer po mieście – Will 2

Tak w ogóle to nazywam się William. William III Starbuck. Ale to było dawno i nieprawda. Teraz niektórzy mówią mi Will. A reszta mnie nie zna. Pozwólcie, że oprowadzę Was po moim mieście.

Witam więc w tej zaplutej dziurze, którą zwę domem. Kiedyś mogliśmy się pochwalić międzynarodowymi targami wszystkiego, wielkimi muzeami, pięknymi parkami, ale teraz można by powiedzieć, że nawet słońce tu nie zagląda, a to za sprawą części industrialnej w północnej części miasta. Pomimo rozwoju technologii, produkcja wcale nie stała się czystsza, no i teraz mamy naszą chmurę. Przez tyle lat zdążyliśmy się przyzwyczaić, przystosować. Jednak zdarzają się tu dziwne rzeczy. Coraz dziwniejsi ludzie chodzą po ulicach. Może to i wina chmury, może nie.

Bogatsza, południowa część miasta, czasem ujrzy słońce. Najczęściej w zimie o poranku i wieczorem, ale reszta z nas dawno go nie widziała. Poniekąd za sprawą wielkich wieżowców w centrum, poniekąd znowu za sprawą chmury. Ale czy to ważne. I tak nic tego nie zmieni.

Miasto kiedyś napędzał rozwój technologii. Miasto opanowały korporacje. Jedna zdominowała i to ona ukształtowała to miasto na to, czym jest dziś. W dobie komputeryzacji i informatyzacji zrobili z nas zadupie świata. Zrobili z mojego miasta zagłębie industrialne. Nigdzie na świecie nie znajdziecie już takiego miasta. Wszędzie są już tylko błyszczące wieżowce i oszklone apartamenty. Pojazdy elektryczne i roboty domowe. Tylko my zostaliśmy w zacofaniu.

Pewnie, że wszyscy chcieliby się wyrwać, ale większość nie ma jak. Trafiają tu wszyscy Ci nieudacznicy, którym się nie powiodło w Wielkim Świecie. No… prawie wszyscy. Ale jak się już tu trafi, to nie ma ucieczki. Zresztą większość z nich nie potrafi się wystarczająco szybko przyzwyczaić do realiów miasta i szybko giną, bądź umierają od chorób cywilizacyjnych. Czasem dzieje się z nimi coś złego. To przez nich niebezpiecznie jest chodzić samemu po ulicach. Chociaż, może to tylko bajki… Oceńcie sami. Zapraszamy…

Część industrialną miasta otaczają Mroki. Nie polecam tam chodzić i współczuję tym, którzy muszą tamtędy przejeżdżać do pracy. Dalej na południe jest dzielnica Grace. Zaprawdę nie wiem, kto ją tak nazwał, ani dlaczego. Może kiedyś była okazem gracji, ale nie dziś. Grace leży nad rzeką. Już dawno zapomnieliśmy jak ona się nazywała. Zresztą, już od dawna nie jest rzeką. Dawno już stanęła. To dzięki rozwojowi przemysłu. Za rzeką jest dzielnica Beauty. Kolejny przykład bezmyślności. Wcale nie jest tam pięknie. Może przeciętnie, ale nie pięknie. Dalej jest centrum, a za centrum dzielnica York, ta bogatsza, o której wspomniałem. Nic ciekawego przeważnie.

Miasta pilnuje Policja. Mówimy na nich miejscy. Szczerze, to nie wiem czy są komukolwiek potrzebni. Działają raczej jak kolejna mafia niż jako stróże prawa. Straż pożarna działa w miarę normalnie. Nie muszą sami podpalać domów, żeby mieć robotę. Wiele ludzi ich z tego wyręcza. Służba zdrowia już dawno podupadła. Dzisiaj raczej liczą się prywatni lekarze. Zawsze warto znać dobrego lekarza. Po mieście grasują łowcy skór. Nie wiem, co z tego mają, ale opłaca im się zbierać ciała z ulicy, nawet niekoniecznie martwe, więc lepiej uważać na siebie, albo mieć dobrego lekarza w pobliżu.

Nic więcej ciekawego w tym mieście nie ma. O tym, kto tu rządzi jeszcze Wam kiedyś opowiem. O tym, z kim się zadawać, a z kim nie pewnie i tak dowiecie się na własnej skórze, więc nie ma co szczędzić Wam dobrej zabawy. Ha. Miłego pierwszego dnia w moim mieście.

Prolog – Will 1

Siedzi jakiś facet przy barze i pieprzy smuty, a ja sobie myślę, ‚czym ja sobie zasłużyłem, że siedzę w tym zaplutym barze?’ Niestety nadchodzi odpowiedź. ‚Bo się nie chciało.’ No faktycznie, nie chciało się i nadal się nie chce. Zresztą teraz i tak już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Dopijam lurę, którą mi podała kelnerka. Najwyraźniej komuś papieros wpadł do gara z herbatą, albo po prostu ten smród przeniknął nawet filiżanki. Rzucam baksa na stół i wychodzę. Na ulicy wyciągają gościa z samochodu, w alejce, którą mijam jakiś koleś tłucze dziwkę, ale co mnie to obchodzi. Nic. Pewnie i tak zaraz wyjdzie jej alfons z obstawą i porządnie spierze gościa. Tak to już bywa. Jednak na moje nieszczęście na moment mój wzrok spotkał jej i wszystko stało się jasne. Nikt nie wyjdzie po nią, nie obroni jej, nie wymierzy sprawiedliwości, jej wzrok mówi, że wie, iż jest skończona, bo już i tak ją koleś obił na tyle, że długo nikt jej nie zechce, ta kręcąca się w jej oku łza mówi mi, że załuje, wydaje się mi mówić, że ma mnie w dupie, ma w dupie, czy jej pomogę czy nie, bo i tak jest stracona.

Zauwazył. Widzi, że się patrzę. Czy to wystarczy? Nie. Staję więc na środku alejki. Przestał. Ona opada na ziemię. Nie widzę jego twarzy, bo skryła się w cieniu. Ale czuję smród, smród jego strachu. To dobrze. Robię pierwszy krok. On znika za zakrętem. Szybki jest. Ma szczęście. Zrobiłem swoje. Nic nie zrobiłem, ale co z tego. Nie obchodzi mnie, czy będzie za to dla mnie punkcik na sądzie ostatecznym, czy tylko ćwierć. Nie wiem, czemu w ogóle zareagowałem. Przecież mi się nie chce. Co za różnica. Nie moja sprawa. Ktoś ją zabierze, ktoś ją znajdzie. Czy to będą miejscy, czy łowcy trupów, teraz moja kolej, żeby powiedzieć ‚mam to w dupie’, więc zrobię to. Mam Cię w dupie dziwko. Możesz mi dziękować w myślach jeśli chcesz, ale ja i tak mam to w dupie. Przynajmniej na razie, dopóki nie zechcesz się odwdzięczyc. Bywaj. Obyś się pozbierała… nie… co ja gadam. Przecież mnie to nie obchodzi… Czyżby… Jednak masz dziś niebywałe szczęście. Odstawię Cię gdzieś. Podchodzę do niej. Oddycha. Chyba śpi, ale żyje, bo jęczy z bólu jak ją podnoszę. To dobry znak.

Zaniosłem ją do Jack’a. Powiedział, że zrobi co się da. Zapewne. Już ja go znam. Na pewno sobie weźmie od niej odpowiednią zapłatę stary zboczeniec, ale cholera, jest najlepszym lekarzem w mieście. Będzie dobrze. Jeden partner więcej jej nie zaszkodzi. Zresztą, na pewno nie będzie chciał jej uszkodzić bardziej, więc poczeka, aż się dziewczyna trochę wykuruje. Dziewczyna… Jakiś sentymentalny się dziś zrobiłem. Niedobrze. Spróbuję zabić to snem. Ciężki dzień dziś był. Zrobiłem dużo niczego… A jednak…